2011-03-06.
Wiosna zdaje zbierać się w sobie i zerkać nieśmiało zza rogu; zimowe płaszcze i kurtki powędrowały skrupulatnie w nieprzemierzone odmęty czeluści szafowych, a lie raz po raz wyciąga szyję w stronę słońca kuszącego zgubnym blaskiem płochliwej kapryśności. Inwentarz moich winnych-niewinnych nałogów wzbogacił się o kolejny: konieczność systematycznego przeciągania się. Krewki Hilary przy sąsiednim biurku sili się na złośliwe nie-błyskotliwości z tym związane, jak gdyby lie takich tworów nie unicestwiała jednym wzruszeniem ramion i upragnionym chrupnięciem w odcinku krzyżowym.
Odwlekanie przyjemności. Zaledwie jeden rzut okiem przez dziurkę od klucza, na nic więcej sobie nie pozwalam. Wkraczamy oto w fazę przygotowawczą, fazę, o której istnieniu miałam tylko mętne pojęcie, fazę, której ulotność upaja niczym młode wino. Rzec by można, że to niewiele, wręcz nic tak w istocie: ale gdy wlewasz wrzątek do imbryka, a on głosem cichym i pociemniałym stwierdza nagle: kocham patrzeć, jak parzysz herbatę, to przecież błaha niewinność tego wyzniania ani nie pozbawia go siły rażenia ani też nie powstrzymuje radosnego trzepotu zaskoczonego serca. Przecież po tych wszystkich kocham patrzeć, jak parzysz herbatę; kocham kolor twoich oczu czy kocham twój śmiech przychodzi moment, gdy już dopełnienia niepotrzebne, gdy zostaje samo kocham cię - tylko tyle i aż tyle, to, co najpiękniejsze i najbardziej przerażające pod słońcem.
||| skomentuj |||
--> [#17]
2011-01-31.
stać mnie tylko na zdawkowe: phi.
noc wydaje się najczarniejsza o trzeciej nad ranem, a trzecia nad ranem zastała mnie z uchem przy zamierzchłościach, zapatrzoną w bleknące zdjecie, na którym - opalona i roześmiana - próbuję przeskoczyć w jutro. Mruk w miedzyczasie wymeldował się z obszaru moich wpływów (bezcenne: przez cały czas wygarniałem ci niewystarczające zaangażowanie, ale tak w gruncie rzeczy to sam siebie o to obwiniałem...), a po dwóch miesiącach ogólnego odretwienia, gdy czas jakoby zatracił ciągłąść, Lie postanowiła powrócić do świata żywych. Ale nawet beztroskie czerpanie pełnymi garściami z hedonistycznej studni ulotnych przyjemności nie jest mi pisane; chociaż plan teoretycznie wydawał się niezawodny, i tak to, co miało być przelotnym romansem, przeobraziło się w wiktoriańskie zaloty. Nie sposób nie dopatrywać się w tym złośliwości losu: imprezowa znajomość zrazu iskrząca napięciem, którego zwieńczeniem miała być ta jedna jedyna noc, rozwinęła się w istną epopeję. Romantyczne spotkania, spacery za rękę, rozmowy błahe i poważne, godziny spędzane w kameralnych knajpkach, abecadło procedur rozkochująco - uwodzących wypełnione co do joty. Cóż z tego, skoro moje plany nie wykraczały i nadal nie wykraczają poza najbliższe 24 godziny? Szczerość nie zawsze jest najlepszą polityką: Romantyk, którego to dotyczy, świadom spuścizny ostatnich miesięcy, obchodzi się ze mną jak z jajkiem. Nawet na pocałunek się nie zdobył. I za każdym razem, po kilku godzinach spędzonych wspólnie, gdy już niemal mdleję odurzona jego zapachem, słyszę niezatapialne: to ja najlepiej już odwiozę Cię do domu. Klasyka, doprawdy. Że też musiałam trafić na jedynego wstrzemięźliwego. Życie w celibacie.
||| skomentuj |||
--> [#16]
2010-10-25.
W czasach studenckich, gdy niemal każdy październik wiązał się z przeprowadzką i przestrajaniem się na częstotliwości nowych mieszkań, trudno było mi się oprzeć wrażeniu, że właśnie ów jesienny październik jest paradoksalnie wiosenny, przynosząc niby wciąż te same - oczywiste wręcz - pytania, niezmiennie jednak niewiadomymi będące. W tym roku październik natchnął mnie do gruntownego przemeblowania i bohaterskiego oddania części księgozbioru na cele mniej lub bardziej szczytne - tylko po to, by nowe książki mogły znów upstrzyć swoimi grzbietami regały biblioteczki a wnętrzami długie wieczory. Długie wieczory, no właśnie... MójCiOn, Mruk mój najdroższy, zdaje się nie rozumieć tej jesiennej chęci zwolnienia i wyciszenia się, niezmiennie wypełnia swoim jestestwem każdą wolną chwilę, stale chce ruszać dokądkolwiek i marudzi, że Tom Waits - bohater moich tegorocznych jesiennych eskapad muzycznych - zbyt smętny. Mruk, którego obecność obok każdej nocy przenosi mnie w czasy, gdy w jednym z tych cudacznych mieszkań kamienicznych dostało mi się łóżko położone tuż obok pieca kaflowego - miejsce tylko na pozór uprzywilejowane, bowiem jako osoba zdecydowanie zimnolubna, przeżywałam istne męki przy tym ziejącym nocnym żarem potworze. Cóż, rozwodzić się zbędnie nie będę: wystarczy rzec, że Mruk jest chodzącą wersją takiego grzejnika (jak oni to robią?!), i choć fakt posiadania go tuż obok przywodzi na myśl epitety niewiele mające wspólnego z męką, to jednak czasami żałuję, że tak zawzięcie sprzeciwia się on otwieraniu okna na noc. Bo się przeziębi, a jakże. Długo na efekty takiego kiszenia się nie musiałam czekać: w obliczu narastającej klaustrofobii z nocnego marka przeobraziłam się w rannego ptaszka (tak Mamo, cuda się zdarzają), zrywam się jak ta rusałka (oj przecież wiem: to stworzenia nocne zwabiające nieszczęśników w czasie pełni, ale jakże uroczo efektowne to porównanie) nim pierwszemu kurowi nawet przyśni się zapiać i spieszę bieżyć po ugorach krakowskich. Na to też się mi mój Mruk krzywi, bo ja nic tylko uciekam, no i poza tym to niezdrowe. Bieganie niezdrowe, a to dopiero.
A jednak: bycie gołosłownym jest sprzeczne z jego naturą; w pomoc pospieszył mu artykuł z portalu pseudospecjalistycznego, który wydykowawszy, z nieukrywaną dumą zamaszyście mi wręczył. Okazuje się otóż, że nasza krew, moi mili, z rana gęsta i zaspana, nienawykłą do szybkiego krążenia będąc, zatyka co tam zatkać może i rach ciach masz, biegaczu, pewny zawał. Najbardziej urzekły mnie komentarze pod artykułem widniejące, których takowoż Mruk wydrukować nie omieszkał. Jeden z nich wyczuciem dramatyzmu wszystkie zdystansował niewyobrażalnie:
Mój sąsiad biegał intensywnie i dla utrudnienia trzymał w dłoniach ciężarki. Spotykałem go codziennie w drodze do pracy (w tym samym miejscu), pot lał się z niego jak ze szczura. Któregoś dnia go nie było, nie spotkałem go już nigdy więcej. Najwięcej zawałów jest właśnie rano.
W związku z powyższym uprasza się o niebieganie poranne. <sic!>
Żyjemy w czasach, w których zawsze mamy szansę na doszukanie się mądrej teorii dla poparcia naszego widzimisię. Niezależnie od absurdalności tak jednego, jak drugiego.
||| skomentuj |||
2010-10-10.
W życiu każdego młodego człowieka nadchodzi moment, w którym zaczyna stawiać sobie fundamentalne pytania dotyczące przyszłości szeroko pojmowanej. Nagle zaczyna spoglądać na rzeczywistość z szerszej perspektywy i nie potrafi już beztrosko żyć z dnia na dzień, płoche powszednie uciechy przestają mu przynosić ukojenie, a samo wspomnienie krotochwilnego trwonienia czasu, jakiemu niegdyś zwykł był się oddawać, wywołuje u naszego bohatera drgawki bez mała epileptyczne. O tak, moi mili: dorosłość przez duże TO się kłania. Pisząca te słowa wspomnianej konfrontacji również nie zdołała uniknąć, a w ramach wychodzenia z opałów z tarczą miast na niej, powzięła solenne postanowienie: na starość południowoamerykańskie telenowele oglądać będzie w wersji oryginalnej. I już. Jak wiadomo, realizacja przyzwoitego postanowienia obarczona winna być nakładem pracy proporcjonalnym do poziomu frustracji; nieznajomość hiszpańskiego ku mojej uciesze gwarantuje nieograniczone wprost pole manewru - jeśli o pracę chodzi. Znalazł się nawet dobry duch, szlachetnie Armandem zwany, który za adekwatną opłatą podjął się misji niesienia kaganka i oświecenia mroków mej słowiańskiej, uparcie w mowie jego i jegoż przodków milczącej, duszy. Armando, poczynając od imienia, na końcówkach jego wypomadowanych włosów kończąc, kwintesencją latynosa będący. [No dobrze, pomada pojawiła się w ramach licentia poetica, co nie zmienia faktu, że.] Armando, który nadziwić się nie może moim nieco trywialnym zachwytom nad urodą sformułowań takich jak la silla es amarilla. A przecież nie sposób ładniej ująć banalne to stwierdzenie, że krzesło jest żółte. Prawda? [zapytała retorycznie] No i wreszcie Armando, z którego pojawienia Mój-Ci-On nie cieszy się wcale a wcale: oto nagle mój czas, do którego rościł sobie nieograniczone prawa, skurczył się nieco.
Ale to już zupełnie inna bajka, w której - jak to z bajkami bywa - na początku jest zbyt pięknie, by mogło być prawdziwie, a później jest już tylko prawdziwie.
||| skomentuj |||
--> [#14]
2010-07-01.
Bilans strat i zysków.
Czasami tak niekorzystny, że nie potrafisz zebrać się w sobie, by go dokonać.
Zabierają to, co kochasz najbardziej. Oni? Tylko kto kryje się za tą formą bezosobową, bezpieczną, arbitralną?
Pewnie z czasem zatrze się to poczucie niepowetowanej straty, umknie wspomnienie tembru i nagłego załamania się głosu przy pożegnaniu, ulotni się nawet i tęsknota za tymi pogawędkami, z którymi nic równać się nie mogło. Wyrzekając się życia z głową zwróconą wstecz nie będzie się rozpamiętywać, roztrząsać, spoglądać tęsknie na jakiś fotel czy doszukiwać w innych głosach nut znajomych, kojarzonych z tym, który znika. To prawda, żyjemy w erze fejsbuka i komórek, nikt tak naprawdę nie znika, ale po prostu to nie to samo. Nie i już.
***
Nie znoszę ignorancji przebierającej się w fatałaszki nieomylności. Nie lubię pań korektorek - - zwłaszcza, gdy wkraczają w życie moje czy moich przyjaciół ogłaszając się prorokiniami wołającymi na pustyni; nie lubię, gdy okazuje się, że pani korektorka z naprawdę zrobi na prawdę, z palca zaś sobie wyssie napewno. Jeszcze na deser w zdaniu przekazali mi to ci, którzy widzieli go jako ostatni nagle doszuka się formy grzecznościowej i nakaże zmianę na przekazali mi to Ci, którzy… już mniejsza o to, że do niej wszyscy zwracają się nader uprzejmie, co sugeruje cytowane za nią powiedział do mnie “przyniosłem Ci tę książkę” (…) O, radosna beztrosko!
||| skomentuj |||
--> [kry!tyka]
2010-06-28.
obce domy, mieszkania, poddasza, łóżka, pościele... obce stopnie, podłogi, meble. i zapachy. i smaki. uśmiechy i głosy.
aż nagle stają się znajomymi, oswojonymi, potrzebnymi. tak po prostu.
zdumiewa mnie nieraz łatwość, z jaką przychodzi wskakiwać w nowe realia, chłonąć świeże aromaty, dostrajać się do nowych częstotliwości. zdumiewa mnie fakt, że w każdym przy odrobinie zachodu można odnaleźć cząsteczki wspólności, naszości. a równocześnie nie potrafię zrozumieć dlaczego po przeskoczeniu tego progu obcości nie można ot tak być sobą, dlaczego tak niepotrzebnie ukrywamy się za wszystkimi tymi maskami, manierami, obwarowujemy się zasiekami spiętrzanymi latami; dlaczego nie dopuszczamy do siebie myśli, że dystans najlepszy jest w stosunku do siebie samego: wówczas wszystkie inne dystanse się dostrajają.
||| skomentuj |||
--> [ironing the darkness]
2010-06-20.
Nie będę do Pana telefonowała!
A jednak przyznać mogę przynajmniej tutaj, że zazdroszczę nieco Drogiemu Panu przywileju ukrywania się za zasłoną dymną sporządzoną ze słowa i dźwięku; ilekroć sama staram się przebić przez ten mur ufortyfikowany, wszelkie wysiłki prowadzą tylko do mojego odsłaniania się. Cała ta rozgrywka, choć niewinna i bezcelowa, doprowadza mnie powoli do szewskiej pasji. Każdorazowe zaś oddanie pola inspiruje chęć poddania walki, przed czym jednak ustrzega mnie świadomość, że ta gra sama sobie stanowi rację bytu. Tak rzadko (jakże rzadko!) wyławiamy perły, których sens wyjaśnia się samym ich istnieniem: tymczasem już na etapie szkicowania zasad nas obowiązujących mogłam się przekonać, że w tym wypadku tak właśnie będzie; tak naprawdę nie potrafię wzbudzić w sobie szczerej chęci zdobycia odpowiedzi - - wszystko, na czym mi zależało i nadal zależy, to stawianie pytań, szermierka słowna, manipulacja pozorami, a nade wszystko te nieliczne momenty, w których równocześnie opuszczamy rapiery i przyznajemy sobie wzajemnie, że dobrzy w tym jesteśmy. Dlatego nie lubię oglądać Pana w świetle innych oczu, nie lubię, gdy przybiera Pan zmanierowany ton i kreuje się na Pana wszędobylskiego, nie lubię Pana napawania się powszechnym poklaskiem... A równocześnie nie potrafię ogarnąć tych wszystkich sprzeczności, Pana napadów melancholii, całych tych pokładów zamyślonego smutku gdzieś tam się czających, słabości do smętnych i kiczowatych motywów; tyle Panów w jednym Panu, doprawdy!
||| skomentuj |||
--> [#11 ]

